sobota, 9 sierpnia 2014

Chapter 4

Jeszcze tego samego dnia Isabelle wybrała się z wizytą do Marca, domyślając się, a właściwie będąc pewną, że to właśnie on zdradził Gerardowi jej adres.


Weszła do jego domu, nie trudząc się, żeby zapukać w drzwi. Nie obchodziło ją, co w tym momencie robił jej kuzyn.


- Bartra! - krzyknęła głośno, wpadając do salonu.


Za sobą usłyszała kroki, dlatego odwróciła się.


- Coś się stało? - zapytał, ale gdy zauważył wściekły wyraz twarzy Isabelle, domyślił się, o co chodziło. - Był u ciebie?


- Był, ale mu nie otworzyłam - mówiła, płytko oddychając - Mam nadzieję, że zaraz znajdziesz sobie dobre wytłumaczenie, bo inaczej zadźgam cię łyżką, poćwiartuję i zakopię w twoim ogródku.


Brunet przełknął ślinę, drapiąc się po karku. Wiedział, że Isabelle naprawdę jest na niego zła i że to nie są żadne żarty.


- Emm.. właściwie to myślałem, że jak mu go podam, to i tak nie odważy się do ciebie pójść - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie, gdyż było mu trochę wstyd.

To nie była dobra wymówka.


Pokręciła głową z niedowierzaniem. Czasami dziwiła się, że to Marc jest tym starszym.


- Ugh - mruknęła, patrząc w sufit, po czym walnęła kuzyna w ramię, robiąc mu tak zwaną mukę. - Czasami mam cię dość.


- Auć! Zabolało - rzekł Marc, chwytając się za serce. Na ramię nawet nie zwracał uwagi, gdyż siła szatynki równała się z siłą dziesięciolatka.


Patrzyła na niego z niedowierzaniem, ale mimowolnie delikatnie się uśmiechnęła.


- Taki był zamiar - rzuciła, wystawiając język w stronę kuzyna.


Nagle za sobą usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi.


- Bartra! - po domu rozniósł się krzyk.


Marc i Isabelle odwrócili się w kierunku, z którego dochodził.


Przed nimi stał Gerard Pique równie wściekły, jak Is gdy weszła do domu kuzyna. Miał coś powiedzieć, ale gdy zauważył, że oprócz Marca w salonie stoi również Isabelle, zaniemówił.


- Czy ktoś wie do czego służy dzwonek do drzwi? I tak poza tym mam imię - rzekł Marc, przenosząc wzrok z Isabelle na Gerarda i na odwrót.

Chciał chociaż trochę rozładować napiętą atmosferę. Jednak jego starania poszły na nic, ponieważ w pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza.

Isabelle patrzyła na swoje stopy, Gerard przypatrywał się dziewczynie, zagryzając usta, a Marc przyglądał się pozostałej dwójce, również nie wiedząc, co powinien zrobić.


Zaproponowanie czegoś do picia raczej nie było najlepszym pomysłem.


- Ja już pójdę - szepnęła szatynka, po czym szybkim krokiem wyszła z domu kuzyna. Gerard zawiedziony spojrzał na Marca.


- No idź za nią - rzekł ten młodszy, klepiąc kolegę w ramię.

Ten uśmiechnął się delikatnie, po czym szybko wybiegł z domu. Zauważył Isabelle wychodzącą właśnie przez furtkę, dlatego odetchnął z ulgą. Dogonił ją, tak że teraz oboje szli ramię w ramię.


- Możemy porozmawiać? - zapytał z nadzieją, spoglądając kątem oka na patrzącą przed siebie dziewczynę. Jej mina nie wyrażała żadnych emocji.


- Nie wiem, czy mamy o czym - mruknęła, przyśpieszając kroku, gdyż na dworze robiło się coraz ciemniej, a co za tym idzie, było coraz chłodniej. Ubrana w krótkie spodenki i luźną bluzkę na ramiączkach już zaczynała marznąć.


Gerard wypuścił głośno powietrze, po czym zaczął nerwowo wyłamywać palce. Zauważył, że szatynka zacisnęła szczękę, ale nie odezwała się ani słowem. Odchrząknął, chcąc odciągnąć moment przeprosin jak najdalej, ponieważ denerwował się jak nigdy.


- Chciałem... chciałem cię - zaczął, ale ostatnie słowo nie chciało przejść mu przez gardło.


- Co? - powiedziała zniecierpliwiona. Zawsze myślała, że przepraszanie nie należy do szczególnie trudnych rzeczy, ale łatwe też nie jest, w szczególności gdy jest szczere.


- Przeprosić, okej?! - warknął, zatrzymując się na chwilę na chodniku.


Szatynka pokręciła głową, ale nawet się nie zatrzymała.


Patrzył na nią przez chwilę, jednak zaraz podbiegł do niej i złapał ją za nadgarstek, najdelikatniej jak potrafił.


- Popatrz w końcu na mnie - powiedział tym razem już spokojnie.


Isabelle niechętnie się zatrzymała, po czym podniosła wzrok. Patrzyła w jego niebieskie oczy, szukając najmniejszej oznaki, że udaje skruchę, ale nic takiego nie znalazła.


- Jest mi strasznie głupio i przykro. Nie będę tłumaczyć się, że byłem pijany bo to żadna wymówka. - rzekł, uciekając wzrokiem gdzieś na bok, jednak po chwili ponownie spojrzał w niebieskie oczy szatynki. - Przepraszam za wszystko, za to co zrobiłem w barze szczególnie.


- Okej - odpowiedziała, nie wiedząc, dlaczego wierzyła, że powiedział to szczerze. Jej serce biło w nadzwyczajnie szybkim tempie, a w gardle czuła suchość. Spuściła wzrok na chodnik, a wokół nich zapanowała niezręczna cisza.


- Może zaczniemy naszą znajomość od nowa? - po chwili odezwał się Gerard, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź.


 Zazwyczaj już dawno by odszedł, ale tym razem coś go zatrzymywało.


Szatynka wzruszyła tylko ramionami, chociaż taka odpowiedź nie do końca go zadowalała, wyciągnął dłoń przed siebie. - Gerard Pique.


- Przecież wiem, jak się nazywasz - rzekła, udając zdziwioną, na co szatyn przewrócił oczami. Jednak po chwili i tak uścisnęła jego dłoń. Obydwoje poczuli dziwny, ale zarazem przyjemny dreszcz na plecach. - Isabelle Garcia.


Ruszyli dalej, idąc w kierunku domu Is.


- Pamiętasz, że zostawiłeś samochód u Marca? - zapytała, pocierając dłońmi o ramiona, gdyż zrobiło jej się naprawdę zimno.


- Wiem, chcę cię odprowadzić. - odpowiedział, delikatnie się uśmiechając.


 Spojrzał na Isabelle i zauważywszy, jak pociera dłońmi o ramiona, oraz gęsią skórkę, która pojawiła się na jej ciele, ściągnął swoją szarą bluzę z kapturem.


- Łap - powiedział, rzucając ubraniem do szatynki. Ta, złapawszy ją, uśmiechnęła się szczerze pierwszy raz tego wieczoru, ledwo powstrzymując śmiech.


- Co? - zapytał, widząc szeroko uśmiechającą się dziewczynę, Gerard, który sam nie mógł powstrzymać wkradającego się na jego usta uśmiechu.


- Zawsze myślałam, że jak chłopak próbuje przypodobać się dziewczynie, zakłada jej swoją bluzę na ramiona. - odpowiedziała, zakładając na siebie o wiele za duże ubranie, pachnące perfumami szatyna.


Od razu zrobiło jej się gorąco, ale nie wiedziała, czy było to spowodowane przez materiał, czy przez fakt do kogo owa bluza należała.


- Skąd pomysł, że próbuję się tobie przypodobać? - zapytał, uśmiechając się kolejny raz.


- Inaczej by cię tutaj nie było, czyż nie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie wiedząc już sama, co powinna myśleć o idącym obok niej szatynie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz