sobota, 9 sierpnia 2014

Chapter 1

Ściskając kurczowo w dłoniach rączki walizek, Isabelle przemierzała szybkim krokiem halę przylotów lotniska El Prat w Barcelonie, żeby jak najprędzej opuścić to miejsce i znaleźć się w przytulnym domku na obrzeżach miasta. Rozglądała się nerwowo wokół siebie, szukając wzrokiem czarnej czupryny Marca Bartry - jej najbliższego kuzyna jak i najlepszego przyjaciela. Obawiała się, że zanim ona znajdzie jego, paparazzi, często nazywani przez nią hienami, znajdą ją. Przy innych okolicznościach nawet by o nich nie myślała, gdyż modelki raczej nie są na tyle znane, żeby hieny nie opuszczały ich na krok. Oczywiście sytuacja zmienia się gdy wokół którejś, tak jak w przypadku Is, wybuchnie jakaś afera.

Spuszczając głowę i patrząc pod nogi, starała się dotrzeć do wyjścia niezauważoną, nie narażając przy tym czyjegoś zdrowia. Podniosła na moment głowę, żeby zobaczyć, czy nie ma gdzieś w pobliżu Marca, ale gdy nigdzie go nie dostrzegła ponownie spuściła głowę.

Coraz bardziej się denerwowała, a co za tym idzie, czuła jak robi jej się gorąco. Oddychała płytko i miała wrażenie jakby miała zaraz dostać ataku paniki. Zresztą ostatnio często tak się czuła, więc wiedziała, jak sobie radzić.

Postawiła obok siebie walizki i już chciała poszukać w plecaku telefonu by zadzwonić do mamy, bo to właśnie jej głos ją zawsze uspokajał, gdy poczuła jak ktoś chwyta ją za ramiona. Podniosła przerażona głowę, ale gdy ujrzała przed sobą uśmiechniętego Marca, którego mina zrzedła dosłownie po sekundzie, odetchnęła z ulgą i nie zastanawiając się dłużej, wtuliła się w niego jak małe dziecko. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy, jak bardzo potrzebowała czyjejś bliskości.


Z jej oczu popłynęły łzy, a jej ciało zaczęło się trząść. Czuła się źle, bo wiedziała, jakie ludzie mają o niej teraz zdanie, chociaż tak naprawdę osądzają ją na podstawie kłamstw, a do tego czuła się upokorzona przez byłego chłopaka. Gdyby nie Marc i jej mama nie wiadomo, czy by teraz stała na lotnisku.

-Ciii... - szepnął ciemnowłosy do ucha szatynki, głaszcząc ją delikatnie po plecach. - Is?

Odsunęła się do tyłu i siląc się na uśmiech, przetarła dłońmi mokre od łez policzki.

- Przepraszam - powiedziała trochę skrępowana, wskazując palcem na mokrą koszulkę kuzyna.

- Nie masz za co - odpowiedział, po czym złapał rączki walizek dziewczyny i szczerze się do niej uśmiechnął, chcąc ją trochę pocieszyć. - Witam w domu, Bella.

***

Poprzednie trzy dni, wliczając ten, w którym przyleciała do Barcelony, Isabelle spędziła w swojej ukochanej sypialni, leżąc w według niej najwygodniejszym łóżku na ziemi i oglądając komedię romantyczną za komedią. Od czasu do czasu szła tylko do kuchni po gorącą herbatę lub ewentualnie po coś do jedzenia albo do toalety. Zadzwoniła tylko raz do mamy i raz do Marca, bo męczyli ją telefonami, a nie chciała, żeby się martwili, bo w końcu mają własne życie.


Potrzebowała tych kilku dni lenistwa, żeby wszystko ułożyć sobie w głowie i wstać jeszcze silniejszą niż była, bo jak sobie zawsze powtarzała, co cię nie zabije, to cię wzmocni.


Tego dnia słońce grzało niemiłosiernie, co całkowicie obudziło ją do życia. Niebo bez chmur aż wołało, żeby z tego korzystać. Mieszkając w Londynie, nauczyła się doceniać i odpowiednio wykorzystywać ładną pogodę, dlatego też rankiem trochę pobiegała, a teraz wybrała się na zakupy, ponieważ jej lodówka świeciła pustkami. Mimo stojącego od ponad ośmiu miesięcy w garażu samochodu, postanowiła się przejść, co nie do końca było dobrym wyborem.


Ubrana w dżinsowe szorty z wysokim stanem, krótką koszulkę na ramiączkach i sandałki ledwo szła, niosąc na rękach dwie duże papierowe torby z zakupami, które na jej nieszczęście sporo ważyły, a brak ramiączek w torbach powodował, że musiała je nieść "na brzuchu".


Myśląc tylko o tym, jak wchodzi do domu i odkłada ciężkie torby, zapomniała nawet o tym, żeby rozglądnąć się na boki, zanim weszła na pasy.

Usłyszała głośny pisk opon i klakson, przez co natychmiastowo odskoczyła do tyłu, wypuszczając torby i upadając na tyłek. Była w niemałym szoku, dlatego nawet nie zważając na pieczenie dłoni, których skóra nieźle ucierpiała, i na ból poobijanego tyłka zerwała się szybko z ziemi i zaczęła zbierać nerwowo rzeczy, które wypadły z toreb.


- No kurwa! - usłyszała głos gdzieś niedaleko i dopiero wtedy podniosła wzrok, żeby spojrzeć na samochód, pod który prawie wpadła. - Czy mam cię do cholery jasnej nauczyć przechodzić przez drogę?


Wzdrygnęła się nieco i przełknąwszy gulę w gardle, spojrzała na stojącego tuż nad nią mężczyznę.

Podniosła szybko torby z ziemi i wstała. Przyglądnąwszy się osobie stojącej tuż przed nią, zrobiło jej się gorąco i poczuła jak się rumieni. Pomimo jej stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, stojący przed nią osobnik płci męskiej wciąż był od niej wyższy o jakieś 15 centymetrów, miał brązowe włosy ułożone w nieład, dwudniowy zarost na twarzy, duże niebieskie oczy i pachniało od niego drogimi perfumami. Niejedna kobieta powiedziałaby, że to chodzący ideał.


Przyglądając mu się chwilę, zauważyła, że gdzieś już go widziała.


Jej ręce zaczęły się pocić, a oddech przyśpieszył, gdy zdała sobie sprawę przed kim stoi. Marc nieraz opowiadał jej o największym "luzaku" z klubu - Gerardzie Pique.


- Przepraszam - mruknęła bardziej do siebie niż do niego i szybkim krokiem wyminęła go.


Pique otwierał buzię, a następnie ją zamykał, nie wiedząc nawet, co ma powiedzieć. Czuł dziwny skurcz w brzuchu, tak jakby zrobił coś nie tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz