Nie zdziwił się, gdy nikt nie zareagował na jego pożegnanie. Cała drużyna nie odzywała się do niego odkąd widzieli całe zajście związane z Garcią w barze, które miało miejsce dwa dni temu.
Mimo wygranego meczu nie było mu do śmiechu, bo chociaż był pijany tamtego dnia, doskonale pamiętał jak potraktował szatynkę i pierwszy raz od długiego czasu było mu wstyd. Cały czas przed oczami miał jej niebieskie przestraszone oczy, w których zbierały się łzy, gdy zaciskał swoją dłoń na jej nadgarstku.
I chociaż nie wiedział, co łączyło ją i Marca Bartrę, czuł się źle wobec ich dwójki.
Czuł też, że będzie musiał schować dumę do kieszeni i przeprosić Isabelle Garcię, bo nieważne jakim dupkiem potrafił być na co dzień, wiedział, że to, co zrobił, było okropne.
Wszedł na podziemny parking tylko dla osób z drużyny i pewnym krokiem szedł w stronę swojego czarnego lamborghini. Otworzył drzwi od strony pasażera i rzucił na siedzenie swoją torbę, następnie zamykając drzwi jak najdelikatniej się dało.
Spojrzał przed siebie, a jego ręce zaczęły się pocić, gdy kilkanaście metrów dalej zauważył stojącą przy białym audi należącym do Marca Isabelle. Miała na sobie klubową koszulkę FC Barcelony, która była na nią przynajmniej o dwa rozmiary za duża. Jej rozpuszczone włosy leciały na oczy, dlatego co chwilę je poprawiała, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Zdawało się, że najzwyczajniej w świecie nie zauważyła obrońcy Barcelony.
Serce Gerarda przyśpieszyło znacznie rytm, a jego żołądek się skręcił.
Wpatrywał się w nią, nie wiedząc, czy ma podejść, czy po prostu wsiąść do samochodu i odjechać. Wiedział, że przyjdzie czas, kiedy powinien ją przeprosić, ale nie spodziewał się, że nadejdzie tak szybko.
Nie zdawał sobie sprawy, że patrzył na nią od dobrej minuty, dlatego gdy podniosła głowę i spojrzała w jego stronę, kompletnie nie wiedział, jak ma się zachować.
- Isabelle! - krzyknął, zdobywszy się na odwagę, wiedząc, że im szybciej ją przeprosi, tym szybciej wszystko wróci do normy i "znowu" będzie miał przyjaciół.
- Nawet się nie waż! - usłyszał za sobą głos Marca, gdy ruszył w stronę szatynki.
Natychmiastowo się zatrzymał. Co chwilę otwierał i zamykał usta, nie wiedząc, co ma powiedzieć.
Marc będąc bliżej samochodu, otworzył kluczykiem drzwi, a Isabelle szybko obszedłszy samochód, wsiadła do niego, w duchu dziękując kuzynowi, że przyszedł akurat w tym momencie.
Pique, stojąc cały czas w jednym miejscu, patrzył jak Marc wsiada do samochodu, a następnie odjeżdża.
Był wściekły na samego siebie, gdyż nawet nie potrafił powiedzieć "przepraszam".
***
Tego wieczora Gerard Pique o dziwo nie znalazł się w barze, pijąc niezliczone ilości alkoholu.
Siedział właśnie w swoim samochodzie pod domem Marca Bartry i zastanawiał się czy wejść do niego czy spędzić kolejną godzinę w samochodzie, jeżdżąc po całej Barcelonie bez konkretnego celu.
Dziwił się ile trudu sprawia mu powiedzenie słowa "przepraszam".
Wypuścił głośno powietrze, po czym powtarzając sobie w myślach, że nie jest tchórzem i pójdzie tam, powie, że mu przykro, wyszedł z samochodu.
Będąc już pod drzwiami do ogromnego domu Bartry, zapukał w nie i bawiąc się palcami, czekał, aż kolega z drużyny otworzy mu drzwi.
Gdyby nie fakt, że nikt oprócz trenera się do niego nie odzywa, nie stałby tu w tym momencie, tylko jak zwykle bawiłby się teraz w klubie albo jakimś barze z Cesciem bądź Carlosem.
Drzwi się otworzyły, a w nich stanął ubrany jedynie w długie szare dresowe spodnie dwudziestoczteroletni Marc. Nie odezwał się ani słowem, tylko wpatrywał się w stojącego przed nim Gerarda, unosząc pytająco brwi.
Starszy odchrząknął, nerwowo podrapał się po karku, po czym na chwilę spuścił głowę i wziąwszy głęboki wdech, ponownie spojrzał na kolegę.
- Przepraszam - powiedział tak cicho, jakby mówił to tylko do siebie.
Tylko on wiedział, ile trudu sprawiło mu wypowiedzenie tego słowa.
- Naprawdę, mnie? - rzekł kpiąco Marc, kręcąc głową. - Wydaje mi się, że przepraszasz złą osobę.
Gerard kiwnął tylko głową, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Włożył ręce do kieszeni spodni, po czym zaczął się huśtać na piętach.
- Dasz mi jej adres? - zapytał już normalnym głosem, patrząc gdzieś w bok.
- Żartujesz? Wątpię, że Is ma ochotę w ogóle cię widzieć. - odpowiedział zdziwiony Marc, myśląc, że Pique da sobie spokój i nawet się o nią nie zapyta.
Zresztą sam fakt, że przyszedł do niego, nieźle zaskoczył Marca.
- Dasz mi go czy nie? - zapytał ponownie Gerard teraz już nieco zdenerwowany.
- Nie - odpowiedział stanowczo brunet i już chciał zamknąć drzwi, ale szatyn był szybszy i w ostatniej chwili zdążył włożyć stopę pomiędzy drzwi a framugę.
Sprawiło mu to trochę bólu, ale w ogóle się tym nie przejął. Pociągnął za klamkę i wszedłszy do środka, pchnął na ścianę Marcę.
- Lepiej mi go daj - syknął ze złością, przyciskając bruneta do ściany. Sam dziwił się, że tak bardzo zależało mu na przeproszeniu tej dziewczyny.
***
Isabelle malowała właśnie paznokcie ubrana jeszcze w piżamę, bo chociaż było już po dwunastej, niedawno wstała, gdyż należała do osób, które potrafią przespać cały dzień.
Po prostu z natury była strasznym śpiochem.
Burczało jej w brzuchu, ale postanowiła, że dopóki nie pomaluje paznokci, a lakier nie wyschnie, nie rusza się z łóżka. Nienawidziła, gdy chociaż jeden paznokieć miał najmniejszą skazę, a wykonywanie jakiejkolwiek czynności sprzyjało naruszeniu idealnie pomalowanych paznokci.
Tego dnia humor jej dopisywał i o dziwo nie rozmyślała w ogóle nad poprzednimi dniami. Śpiewała pod nosem piosenki, które słyszała w radiu, a jedyną rzeczą, która zaprzątała jej głowę w tamtym momencie, było ubranie. Kompletnie nie miała pomysłu, co może na siebie włożyć tego dnia, chociaż jej cała szafa wypełniona była ubraniami.
Dzwonek do drzwi spowodował, że wzdrygnęła się.
Pod nosem przeklnęła, gdyż oznaczało to, że musiała ruszyć się ze świeżo pomalowanymi paznokciami u stóp jak i rąk. Szła w stronę drzwi jak najostrożniej potrafiła.
Będąc już w przedpokoju, z ciekawości spojrzała przez szybę znajdującą się obok drzwi. Jej serce przyśpieszyło, a oddech zrobił się płytki, gdy po drugiej stronie drzwi ujrzała samego Gerarda Pique.
Jak zwykle wyglądał niesamowicie przystojnie, ale to nie zachęciło jej do otworzenia drzwi.
Jak najciszej potrafiła, zjechała po drzwiach i usiadła w krótkich spodenkach na zimnych kafelkach, co przyprawiło ją o dreszcze.
Nie zwracając uwagi na paznokcie, przyciągnęła kolana do brody. Siedząc skulona, miała nadzieję, że stojący przed drzwiami piłkarz nie będzie w stanie jej dojrzeć.
Denerwowała się, ale nie wiedziała, czy było to spowodowane strachem, nienawiścią, czy może czymś jeszcze lub kompletnie czymś innym.
Jednak najbardziej nurtowało ją coś innego, bo skąd do cholery miał jej adres?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz