Dzwonek do drzwi wyrwał drzemiącą na kanapie Isabelle ze snu.
- Momencik! - krzyknęła, po czym siadając na kanapie, ziewnęła i rozciągnąwszy nieco plecy, sięgnęła po pilota, żeby wyłączyć grający przez cały czas, gdy spała, telewizor.
Nie śpiesząc się, ruszyła w stronę drzwi, starając się nie wykonywać nagłych ruchów, gdyż jej poobijany po wczorajszym "lądowaniu" tyłek wciąż dawał się we znaki.
- Cześć, Marc! - powiedziała, otworzywszy drzwi, i uśmiechnęła się, przytulając na powitanie kuzyna. Wpuściła go do salonu, gdzie obydwoje zajęli miejsca na fotelach.
- Czegoś się napijesz? Kawy? Albo może coś zjesz? Pewnie nie jadłeś śniadania, to jak? - Is rzucała pytaniami, nie dając nawet dojść Marcowi do głosu.
Każdy, kto ją znał, wiedział, że jest jedną z najbardziej gościnnych osób. Za pewne nawet swojemu wrogowi zaproponowałaby kawę, którą zresztą uwielbiała.
- Śniadanie jadłem pięć godzin temu, Bella - zaśmiał się Bartra - Ale dziękuję za wszystko.
- Chciałam być miła - szatynka wzruszyła ramionami - Ja natomiast chętnie napiję się kawy.
Wstała z fotela i udała się do kuchni, wołając uprzednio skinięciem głowy Marca. Nalała wody do czajnika i odwróciwszy się w stronę stojącego przy stole kuzyna, oparła się o blat kuchenny.
-Mam dla ciebie propozycję - rzekł brunet, uśmiechając się tajemniczo. Isabelle uniosła pytająco brwi - Zabiorę cię na mecz FC Barcelony, ale pod warunkiem..
Garcia nie dając dokończyć Bartrze, zaczęła piszczeć jak mała dziewczynka i rzuciła się mu na szyję. Od zawsze chciała zobaczyć mecz Marca na żywo.
- Chcesz wiedzieć, jaki jest warunek czy nie? - roześmiał się, odsuwając od siebie uśmiechającą się od ucha do ucha dziewczynę, która z ciekawością pokiwała głową - Idziesz dzisiaj ze mną do baru. Nie będziesz siedzieć całe dnie w domu.
- Szczerze? Z chęcią się czegoś napiję - odpowiedziała, puszczając oczko. - Jest jeszcze jakiś warunek?
- Musisz odpowiedzieć mi na jedno pytanie..
- Tak? - ponownie uniosła brwi.
- Kto jest twoim ulubionym piłkarzem?
- Cristiano Ronaldo! - krzyknęła, po czym roześmiała się głośno, a gdy zauważyła jak uśmiech Marca blednie, roześmiała się jeszcze bardziej.
Jej kuzyn nie miał nic do Królewskich, zawsze uważał, że to co na boisku, zostaje na boisku, ale liczył, że wypowie jego imię i nazwisko.
- Zdrajca! - krzyknął, chociaż zdał sobie sprawę, że Garcia zrobiła to specjalnie. Rzucił w jej stronę małą reklamówkę i uśmiechając się, opuścił pomieszczenie. Dopiero będąc koło wyjścia, krzyknął "do później" i wyszedł.
Isabelle, wciąż się uśmiechając, otworzyła reklamówkę i wyciągnęła z niej koszulkę w barwach FC Barcelony. Odwróciła ją tyłem, żeby zobaczyć znajdujący się na tyle napis "Bartra" i numerek 15.
***
Teraz siedziała sama przy barze, mieszając słomką w drinku, na który nie miała kompletnie ochoty.
Była zła na siebie i na Bartrę, na to, że dała się namówić na wyjście do tego cholernego baru, na to, że nie powiedział jej nic o idących z nimi kolegach i oczywiście na to, że musiała siedzieć teraz sama i udawać, że się świetnie bawi, gdy Marc na nią akurat patrzył.
Swoją uwagę skupiała na stojącym przed nią drinku, bo szczerze mówiąc, nie miała teraz nastroju na nowe znajomości i chociaż wokół niej co chwilę ktoś przechodził, nie zwracała na to uwagi. Położyła obok siebie słomkę, po czym przyłożywszy szklankę do ust, wypija jej zawartość naraz. Jak bawić się, to bawić, jak szaleć, to szaleć, nie?
Podniosła głowę, żeby zawołać barmana, gdyż chciała napić się czegoś mocniejszego, gdy ujrzała jego, siedzącego również przy barze jednak z drugiej strony.
Te same niebieskie oczy, które patrzyły na nią z wściekłością kilka dni temu, teraz skierowane były na jakiegoś innego faceta. Od razu było widać, że trzeźwi to oni nie są, ale za to świetnie się bawili. Gdy Pique chciał wypić kieliszek czystej wódki, ten drugi szturchnął go w ramię tak, że cała zawartość kieliszka wylała się na jego jasną koszulę. Na początku zdenerwował się i jak zauważyła Isabelle, zmarszczył delikatnie nos, jednak po chwili głośno się roześmiał.
- Nawet nie dasz mi się napić, Cesc? - zwrócił się Pique do kolegi, odwracając głowę w stronę Garcii, gdyż czuł na sobie jej spojrzenie.
Uśmiechnął się pod nosem, na co Isabelle szybko spuściła głowę, gdyż czuła jak jej policzki się rumienią. Kątem oka spojrzała ponownie w jego stronę, jednak nie dane było jej go zauważyć, więc odetchnęła z ulgą.
Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu i domyślając się do kogo może należeć, powoli odwróciła się na krześle. Zaschło jej w gardle, a oddech znacznie przyśpieszył. Nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać.
Może teraz wydrze się, bo śmiała się na niego spojrzeć?
Wpatrywał się w nią, nie zwracając kompletnie uwagi na to, że był w mokrej od alkoholu koszuli, ani na to, że dziewczyna siedząca przed nim nie była zadowolona jego obecnością.
Szatynka od razu zauważyła jak bardzo jest pewny siebie i że patrzy na nią z góry. Czuła od niego perfumy, ale jednocześnie alkohol, co nie tworzyło najlepszej mieszanki.
Gerard złapał kosmyk jej włosów opadający na twarz, po czym założył go za ucho. Isabelle przełknęła ślinę, czując jak powietrze wokół niej gęstnieje.
- Kochanie, przykro mi, ale nie mogę ci nic więcej zaproponować oprócz jednej nocy - słowa Gerarda zadziały na nią jak wiadro zimnej wody.
Nie wiedząc nawet kiedy, jej dłoń wylądowała na jego policzku, zostawiając duży czerwony ślad. Złapał ją szybko za nadgarstek na tyle mocno, żeby nie dała rady się wyswobodzić.
- Nigdy więcej nie waż się tego robić - syknął, zaciskając dłoń na jej nadgarstku jeszcze mocniej.
Próbowała wyrwać rękę, ale był o wiele silniejszy, a jego uścisk ani drgnął.
W jej oczach zaczęły zbierać się łzy i czuła, że za chwilę się rozpłacze. Dziwiła się, że nikt nawet do nich nie podszedł, gdyż uważała, że mężczyzna ściskający nadgarstek kobiecie to niecodzienny widok.
- Isabelle Garcia się boi? Może zaraz znowu spróbujesz popełnić samobójstwo? - gdy tylko usłyszała słowa Pique, wściekłość zastąpiła strach i nagle znalazła w sobie tyle siły, że wyrwała rękę i zszedłszy z krzesła, z całej siły popchnęła go. Chociaż niewiele to dało, pozwoliło jej to go wyminąć i jak najszybciej wyjść z baru.
Słyszała wołanie Bartry, gdyż muzyka nie była na tyle głośna, żeby cokolwiek zagłuszyć, ale nie zwracała na to uwagi, kierując się w stronę wyjścia.
Czekając na zamówioną taksówkę przed wejściem do baru, Isabelle kompletnie się rozpłakała i nawet nie próbowała się powstrzymywać. Miała nadzieję, że wraz z spływającymi z jej policzków łzami uciekną wszystkie złe emocje, które się w niej kumulowały. Złość, smutek, żal, wstyd, upokorzenie.
Czuła się prawie tak jak wtedy, gdy to Jake w jednym z najsławniejszych klubów w Londynie uderzył ją przy wszystkich, ponieważ nie chciała pójść z nim do toalety wiadomo w jakim celu. Czuła się jak nic niewarty śmieć. Znowu. Co prawda od przyjazdu do Barcelony czuła się w jak innym świecie, bo to co stało się w Londynie, zostało w Londynie, a teraz jakiś pieprzony piłkarz wszystko zepsuł i sprawił, że czuła się jakby wróciła do stolicy Anglii, w której jej całe życie legło w gruzach. Wiadomość, o tym że została uderzona przez swojego chłopaka w klubie, rozeszła się szybciej niż ciepłe bułki w najsławniejszej piekarni. Lecz na tym się nie skończyło. Brukowce, żeby ubarwić całe zajście, wymyśliły, że młoda modelka z Hiszpanii próbowała popełnić samobójstwo. Agencja modelek, dowiedziawszy się o wszystkim, wypowiedziała jej kontrakt, usprawiedliwiając się tym, że nie może ich reprezentować ktoś o takiej reputacji jak ona. Cała praca, wszystkie poświęcenia, wszystko, co zrobiła, żeby zabłysnąć w świecie mody, poszło w błoto.
- Bella! - usłyszała za sobą wołanie Bartry.
Odwróciła się w jego stronę, nie myśląc nawet o tym, jak wygląda z rozmazanym na twarzy makijażem.
Brunet podszedł do niej bliżej, chcąc ją przytulić, ale ta zrobiła kilka kroków do tyłu.
- Wiesz, co on mi powiedział? - zapytała drżącym głosem.
Miała nadzieję, że chociaż o szczegółach dzisiejszego zdarzenia będzie wiedziała tylko ona i Pique.
Bartra pokręcił przecząco głową, ale wnioskując po stanie swojej kuzynki, wiedział, że rozmowa jej i jego kolegi z drużyny nie należała do najlepszych.
- Gerard jest pijany i ..
- Pijany?! - krzyknęła głośniej niż chciała, starając się nie roześmiać. - Ty chyba żartujesz? Jeszcze go bronisz?
Szatyn wpatrywał się w swoją kuzynkę, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Widział ból w jej oczach, a to łamało jego serce. Była dla niego jak siostra, a do tego czasami czuł się jakby zastępował jej także ojca, którego nie miała odkąd skończyła pięć lat.
- Może zaraz pójdziesz popełnić samobójstwo? - powtórzyła słowa Pique z jadem w głosie. Teraz nie czuła nic oprócz wściekłości. - To mi powiedział! A wiesz co jest najlepsze? Wtedy w Londynie naprawdę chciałam się zabić! -krzyczała, krztusząc się własnymi łzami. - W jednej ręce trzymałam butelkę z alkoholem, a w drugiej garść tabletek. Miałam je połknąć, ale nie dałam rady włożyć ich do ust, bo za bardzo trzęsły mi się dłonie! Ja-a naprawdę chciałam się.. - ostatnie zdanie powiedziała szeptem, po czym wybuchnęła głośnym szlochem.
Marc, nie zastanawiając się w ogóle, podszedł do niej i otoczył ją ramionami. Nawet nie zauważył, kiedy po jego policzku spłynęła samotna łza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz