Bluza! Cholerna bluza, której zapomniała oddać Isabelle Gerardowi. Już wyobrażała sobie, co pomyślał o niej Hiszpan, gdy wchodziła do swojego domu, nawet nie zapytawszy się, czy chce ją z powrotem.
Ściskała ją teraz w rękach, stojąc na parkingu Ciutat Esportiva Joan Gamper, stadionu treningowego FC Barcelony, i czekając na pojawienie się Gerarda. Nie wiedziała dlaczego, ale ostatnio w jej głowie ciągle pojawiał się obraz uśmiechającego się Hiszpana, jednak po chwili zanikał i widziała go w barze, gdy ściskał ją z całej siły za nadgarstek. Próbowała o tym zapomnieć, ale czasami to samo wracało do jej głowy. Ostatnie dwa dni starała się cały czas zajmować czymś myśli, to sprzątała, prała, upiekła nawet babeczki, których i tak nie zjadła, robiła wszystko, żeby nie mieć w głowie Gerarda. Jednak na marne. Ciągle zajmował jej myśli. Niesamowicie się teraz denerwowała, ale nie chcąc tego do siebie dopuścić, wmawiała sobie, że po prostu jest jej głupio.
Gdy zauważyła w dali idącego ze znajomymi z klubu Pique, wypuściła głośno powietrze i starając się na niego nie patrzeć, co i tak jej nie wychodziło, gdyż jej wzrok co chwilę wędrował w stronę trójki piłkarzy, czekała na Gerarda. Widziała jak nieco zaskoczony, mówi coś do kolegów, natomiast ci cicho na to zagwizdali, uśmiechając się szeroko w jej stronę.
Pomachała do nich delikatnie, następnie spuszczając wzrok. Miała nadzieję, że nie spotka Bartry, bo wiedziała, że skończyłoby się to gadką na temat umawiania się z piłkarzami, gdy ona przecież przyszła tylko oddać mu bluzę.
Przestąpiła z nogi na nogę i przyłożyła bluzę do nosa, upewniając się ostatni raz, czy na pewno ją wyprała, a nie wmówiła sobie tego.
Kątem oka zauważyła, że Gerard zbliża się do niej, więc szybko odsunęła materiał od twarzy i wyprostowała się, podciągając koszulkę do góry, gdyż miała wrażenie, że widać jej cały stanik.
Przygryzła wargę i uśmiechnęła się niepewnie, gdy Gerard znalazł się tuż obok niej.
- Hej - powiedziała cicho, zakładając kosmyk włosów za ucho i karcąc się w duchu za to, że była tak nieśmiała.
- Cześć - odpowiedział zachrypniętym głosem piłkarz, uśmiechając się szeroko i zastanawiając się, czy zachowywała się tak, ponieważ on tak na nią działał, czy po prostu była wstydliwa.
Najgorsze było to, że ona sama nie była pewna, o co chodzi.
- Ja... - zaczęła, ale po chwili przerwała, głośno wzdychając. - Przepraszam, że nawet się nie zapytałam, czy chcesz ją z powrotem, ale było mi w niej ciepło i zapomniałam, że nie jest moja. Przysięgam, że gdybym była świadoma, że jest twoja, to na pewno bym ci ją oddała, mam tylko nadzieję, że nie jesteś zły czy-
- Nic się nie stało - zaśmiał się Gerard, przerywając słowotok Isabelle. Wyciągnął w jej kierunku dłoń, żeby sięgnąć po bluzę.
Szatynka popatrzyła na rękę Piquę, później na niego nie łapiąc w pierwszej chwili, o co chodzi. Dopiero po dłuższym momencie zrozumiała i, czując jak się rumieni, podała mu jego własność.
- Przepraszam - sapnęła pod nosem, spuszczając z zażenowaniem głowę.
Co się z nią działo?
Spojrzała na chwilę na Gerarda, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
- Em... może odwiozę cię do domu? - zapytał, uśmiechając się lekko i podchodząc do bagażnika samochodu, gdzie wrzucił sportową torbę, którą dotychczas miał przewieszoną przez ramię.
sobota, 9 sierpnia 2014
Chapter 4
Jeszcze tego samego dnia Isabelle wybrała się z wizytą do Marca, domyślając się, a właściwie będąc pewną, że to właśnie on zdradził Gerardowi jej adres.
Weszła do jego domu, nie trudząc się, żeby zapukać w drzwi. Nie obchodziło ją, co w tym momencie robił jej kuzyn.
- Bartra! - krzyknęła głośno, wpadając do salonu.
Za sobą usłyszała kroki, dlatego odwróciła się.
- Coś się stało? - zapytał, ale gdy zauważył wściekły wyraz twarzy Isabelle, domyślił się, o co chodziło. - Był u ciebie?
- Był, ale mu nie otworzyłam - mówiła, płytko oddychając - Mam nadzieję, że zaraz znajdziesz sobie dobre wytłumaczenie, bo inaczej zadźgam cię łyżką, poćwiartuję i zakopię w twoim ogródku.
Brunet przełknął ślinę, drapiąc się po karku. Wiedział, że Isabelle naprawdę jest na niego zła i że to nie są żadne żarty.
- Emm.. właściwie to myślałem, że jak mu go podam, to i tak nie odważy się do ciebie pójść - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie, gdyż było mu trochę wstyd.
To nie była dobra wymówka.
Pokręciła głową z niedowierzaniem. Czasami dziwiła się, że to Marc jest tym starszym.
- Ugh - mruknęła, patrząc w sufit, po czym walnęła kuzyna w ramię, robiąc mu tak zwaną mukę. - Czasami mam cię dość.
- Auć! Zabolało - rzekł Marc, chwytając się za serce. Na ramię nawet nie zwracał uwagi, gdyż siła szatynki równała się z siłą dziesięciolatka.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, ale mimowolnie delikatnie się uśmiechnęła.
- Taki był zamiar - rzuciła, wystawiając język w stronę kuzyna.
Nagle za sobą usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi.
- Bartra! - po domu rozniósł się krzyk.
Marc i Isabelle odwrócili się w kierunku, z którego dochodził.
Przed nimi stał Gerard Pique równie wściekły, jak Is gdy weszła do domu kuzyna. Miał coś powiedzieć, ale gdy zauważył, że oprócz Marca w salonie stoi również Isabelle, zaniemówił.
- Czy ktoś wie do czego służy dzwonek do drzwi? I tak poza tym mam imię - rzekł Marc, przenosząc wzrok z Isabelle na Gerarda i na odwrót.
Chciał chociaż trochę rozładować napiętą atmosferę. Jednak jego starania poszły na nic, ponieważ w pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza.
Isabelle patrzyła na swoje stopy, Gerard przypatrywał się dziewczynie, zagryzając usta, a Marc przyglądał się pozostałej dwójce, również nie wiedząc, co powinien zrobić.
Zaproponowanie czegoś do picia raczej nie było najlepszym pomysłem.
- Ja już pójdę - szepnęła szatynka, po czym szybkim krokiem wyszła z domu kuzyna. Gerard zawiedziony spojrzał na Marca.
- No idź za nią - rzekł ten młodszy, klepiąc kolegę w ramię.
Ten uśmiechnął się delikatnie, po czym szybko wybiegł z domu. Zauważył Isabelle wychodzącą właśnie przez furtkę, dlatego odetchnął z ulgą. Dogonił ją, tak że teraz oboje szli ramię w ramię.
- Możemy porozmawiać? - zapytał z nadzieją, spoglądając kątem oka na patrzącą przed siebie dziewczynę. Jej mina nie wyrażała żadnych emocji.
- Nie wiem, czy mamy o czym - mruknęła, przyśpieszając kroku, gdyż na dworze robiło się coraz ciemniej, a co za tym idzie, było coraz chłodniej. Ubrana w krótkie spodenki i luźną bluzkę na ramiączkach już zaczynała marznąć.
Gerard wypuścił głośno powietrze, po czym zaczął nerwowo wyłamywać palce. Zauważył, że szatynka zacisnęła szczękę, ale nie odezwała się ani słowem. Odchrząknął, chcąc odciągnąć moment przeprosin jak najdalej, ponieważ denerwował się jak nigdy.
- Chciałem... chciałem cię - zaczął, ale ostatnie słowo nie chciało przejść mu przez gardło.
- Co? - powiedziała zniecierpliwiona. Zawsze myślała, że przepraszanie nie należy do szczególnie trudnych rzeczy, ale łatwe też nie jest, w szczególności gdy jest szczere.
- Przeprosić, okej?! - warknął, zatrzymując się na chwilę na chodniku.
Szatynka pokręciła głową, ale nawet się nie zatrzymała.
Patrzył na nią przez chwilę, jednak zaraz podbiegł do niej i złapał ją za nadgarstek, najdelikatniej jak potrafił.
- Popatrz w końcu na mnie - powiedział tym razem już spokojnie.
Isabelle niechętnie się zatrzymała, po czym podniosła wzrok. Patrzyła w jego niebieskie oczy, szukając najmniejszej oznaki, że udaje skruchę, ale nic takiego nie znalazła.
- Jest mi strasznie głupio i przykro. Nie będę tłumaczyć się, że byłem pijany bo to żadna wymówka. - rzekł, uciekając wzrokiem gdzieś na bok, jednak po chwili ponownie spojrzał w niebieskie oczy szatynki. - Przepraszam za wszystko, za to co zrobiłem w barze szczególnie.
- Okej - odpowiedziała, nie wiedząc, dlaczego wierzyła, że powiedział to szczerze. Jej serce biło w nadzwyczajnie szybkim tempie, a w gardle czuła suchość. Spuściła wzrok na chodnik, a wokół nich zapanowała niezręczna cisza.
- Może zaczniemy naszą znajomość od nowa? - po chwili odezwał się Gerard, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź.
Zazwyczaj już dawno by odszedł, ale tym razem coś go zatrzymywało.
Szatynka wzruszyła tylko ramionami, chociaż taka odpowiedź nie do końca go zadowalała, wyciągnął dłoń przed siebie. - Gerard Pique.
- Przecież wiem, jak się nazywasz - rzekła, udając zdziwioną, na co szatyn przewrócił oczami. Jednak po chwili i tak uścisnęła jego dłoń. Obydwoje poczuli dziwny, ale zarazem przyjemny dreszcz na plecach. - Isabelle Garcia.
Ruszyli dalej, idąc w kierunku domu Is.
- Pamiętasz, że zostawiłeś samochód u Marca? - zapytała, pocierając dłońmi o ramiona, gdyż zrobiło jej się naprawdę zimno.
- Wiem, chcę cię odprowadzić. - odpowiedział, delikatnie się uśmiechając.
Spojrzał na Isabelle i zauważywszy, jak pociera dłońmi o ramiona, oraz gęsią skórkę, która pojawiła się na jej ciele, ściągnął swoją szarą bluzę z kapturem.
- Łap - powiedział, rzucając ubraniem do szatynki. Ta, złapawszy ją, uśmiechnęła się szczerze pierwszy raz tego wieczoru, ledwo powstrzymując śmiech.
- Co? - zapytał, widząc szeroko uśmiechającą się dziewczynę, Gerard, który sam nie mógł powstrzymać wkradającego się na jego usta uśmiechu.
- Zawsze myślałam, że jak chłopak próbuje przypodobać się dziewczynie, zakłada jej swoją bluzę na ramiona. - odpowiedziała, zakładając na siebie o wiele za duże ubranie, pachnące perfumami szatyna.
Od razu zrobiło jej się gorąco, ale nie wiedziała, czy było to spowodowane przez materiał, czy przez fakt do kogo owa bluza należała.
- Skąd pomysł, że próbuję się tobie przypodobać? - zapytał, uśmiechając się kolejny raz.
- Inaczej by cię tutaj nie było, czyż nie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie wiedząc już sama, co powinna myśleć o idącym obok niej szatynie.
Weszła do jego domu, nie trudząc się, żeby zapukać w drzwi. Nie obchodziło ją, co w tym momencie robił jej kuzyn.
- Bartra! - krzyknęła głośno, wpadając do salonu.
Za sobą usłyszała kroki, dlatego odwróciła się.
- Coś się stało? - zapytał, ale gdy zauważył wściekły wyraz twarzy Isabelle, domyślił się, o co chodziło. - Był u ciebie?
- Był, ale mu nie otworzyłam - mówiła, płytko oddychając - Mam nadzieję, że zaraz znajdziesz sobie dobre wytłumaczenie, bo inaczej zadźgam cię łyżką, poćwiartuję i zakopię w twoim ogródku.
Brunet przełknął ślinę, drapiąc się po karku. Wiedział, że Isabelle naprawdę jest na niego zła i że to nie są żadne żarty.
- Emm.. właściwie to myślałem, że jak mu go podam, to i tak nie odważy się do ciebie pójść - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie, gdyż było mu trochę wstyd.
To nie była dobra wymówka.
Pokręciła głową z niedowierzaniem. Czasami dziwiła się, że to Marc jest tym starszym.
- Ugh - mruknęła, patrząc w sufit, po czym walnęła kuzyna w ramię, robiąc mu tak zwaną mukę. - Czasami mam cię dość.
- Auć! Zabolało - rzekł Marc, chwytając się za serce. Na ramię nawet nie zwracał uwagi, gdyż siła szatynki równała się z siłą dziesięciolatka.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem, ale mimowolnie delikatnie się uśmiechnęła.
- Taki był zamiar - rzuciła, wystawiając język w stronę kuzyna.
Nagle za sobą usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi.
- Bartra! - po domu rozniósł się krzyk.
Marc i Isabelle odwrócili się w kierunku, z którego dochodził.
Przed nimi stał Gerard Pique równie wściekły, jak Is gdy weszła do domu kuzyna. Miał coś powiedzieć, ale gdy zauważył, że oprócz Marca w salonie stoi również Isabelle, zaniemówił.
- Czy ktoś wie do czego służy dzwonek do drzwi? I tak poza tym mam imię - rzekł Marc, przenosząc wzrok z Isabelle na Gerarda i na odwrót.
Chciał chociaż trochę rozładować napiętą atmosferę. Jednak jego starania poszły na nic, ponieważ w pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza.
Isabelle patrzyła na swoje stopy, Gerard przypatrywał się dziewczynie, zagryzając usta, a Marc przyglądał się pozostałej dwójce, również nie wiedząc, co powinien zrobić.
Zaproponowanie czegoś do picia raczej nie było najlepszym pomysłem.
- Ja już pójdę - szepnęła szatynka, po czym szybkim krokiem wyszła z domu kuzyna. Gerard zawiedziony spojrzał na Marca.
- No idź za nią - rzekł ten młodszy, klepiąc kolegę w ramię.
Ten uśmiechnął się delikatnie, po czym szybko wybiegł z domu. Zauważył Isabelle wychodzącą właśnie przez furtkę, dlatego odetchnął z ulgą. Dogonił ją, tak że teraz oboje szli ramię w ramię.
- Możemy porozmawiać? - zapytał z nadzieją, spoglądając kątem oka na patrzącą przed siebie dziewczynę. Jej mina nie wyrażała żadnych emocji.
- Nie wiem, czy mamy o czym - mruknęła, przyśpieszając kroku, gdyż na dworze robiło się coraz ciemniej, a co za tym idzie, było coraz chłodniej. Ubrana w krótkie spodenki i luźną bluzkę na ramiączkach już zaczynała marznąć.
Gerard wypuścił głośno powietrze, po czym zaczął nerwowo wyłamywać palce. Zauważył, że szatynka zacisnęła szczękę, ale nie odezwała się ani słowem. Odchrząknął, chcąc odciągnąć moment przeprosin jak najdalej, ponieważ denerwował się jak nigdy.
- Chciałem... chciałem cię - zaczął, ale ostatnie słowo nie chciało przejść mu przez gardło.
- Co? - powiedziała zniecierpliwiona. Zawsze myślała, że przepraszanie nie należy do szczególnie trudnych rzeczy, ale łatwe też nie jest, w szczególności gdy jest szczere.
- Przeprosić, okej?! - warknął, zatrzymując się na chwilę na chodniku.
Szatynka pokręciła głową, ale nawet się nie zatrzymała.
Patrzył na nią przez chwilę, jednak zaraz podbiegł do niej i złapał ją za nadgarstek, najdelikatniej jak potrafił.
- Popatrz w końcu na mnie - powiedział tym razem już spokojnie.
Isabelle niechętnie się zatrzymała, po czym podniosła wzrok. Patrzyła w jego niebieskie oczy, szukając najmniejszej oznaki, że udaje skruchę, ale nic takiego nie znalazła.
- Jest mi strasznie głupio i przykro. Nie będę tłumaczyć się, że byłem pijany bo to żadna wymówka. - rzekł, uciekając wzrokiem gdzieś na bok, jednak po chwili ponownie spojrzał w niebieskie oczy szatynki. - Przepraszam za wszystko, za to co zrobiłem w barze szczególnie.
- Okej - odpowiedziała, nie wiedząc, dlaczego wierzyła, że powiedział to szczerze. Jej serce biło w nadzwyczajnie szybkim tempie, a w gardle czuła suchość. Spuściła wzrok na chodnik, a wokół nich zapanowała niezręczna cisza.
- Może zaczniemy naszą znajomość od nowa? - po chwili odezwał się Gerard, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź.
Zazwyczaj już dawno by odszedł, ale tym razem coś go zatrzymywało.
Szatynka wzruszyła tylko ramionami, chociaż taka odpowiedź nie do końca go zadowalała, wyciągnął dłoń przed siebie. - Gerard Pique.
- Przecież wiem, jak się nazywasz - rzekła, udając zdziwioną, na co szatyn przewrócił oczami. Jednak po chwili i tak uścisnęła jego dłoń. Obydwoje poczuli dziwny, ale zarazem przyjemny dreszcz na plecach. - Isabelle Garcia.
Ruszyli dalej, idąc w kierunku domu Is.
- Pamiętasz, że zostawiłeś samochód u Marca? - zapytała, pocierając dłońmi o ramiona, gdyż zrobiło jej się naprawdę zimno.
- Wiem, chcę cię odprowadzić. - odpowiedział, delikatnie się uśmiechając.
Spojrzał na Isabelle i zauważywszy, jak pociera dłońmi o ramiona, oraz gęsią skórkę, która pojawiła się na jej ciele, ściągnął swoją szarą bluzę z kapturem.
- Łap - powiedział, rzucając ubraniem do szatynki. Ta, złapawszy ją, uśmiechnęła się szczerze pierwszy raz tego wieczoru, ledwo powstrzymując śmiech.
- Co? - zapytał, widząc szeroko uśmiechającą się dziewczynę, Gerard, który sam nie mógł powstrzymać wkradającego się na jego usta uśmiechu.
- Zawsze myślałam, że jak chłopak próbuje przypodobać się dziewczynie, zakłada jej swoją bluzę na ramiona. - odpowiedziała, zakładając na siebie o wiele za duże ubranie, pachnące perfumami szatyna.
Od razu zrobiło jej się gorąco, ale nie wiedziała, czy było to spowodowane przez materiał, czy przez fakt do kogo owa bluza należała.
- Skąd pomysł, że próbuję się tobie przypodobać? - zapytał, uśmiechając się kolejny raz.
- Inaczej by cię tutaj nie było, czyż nie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie wiedząc już sama, co powinna myśleć o idącym obok niej szatynie.
Chapter 3
Pique przerzucił przez ramię sportową torbę, po czym rzucając przez ramię "cześć", wyszedł z szatni.
Nie zdziwił się, gdy nikt nie zareagował na jego pożegnanie. Cała drużyna nie odzywała się do niego odkąd widzieli całe zajście związane z Garcią w barze, które miało miejsce dwa dni temu.
Mimo wygranego meczu nie było mu do śmiechu, bo chociaż był pijany tamtego dnia, doskonale pamiętał jak potraktował szatynkę i pierwszy raz od długiego czasu było mu wstyd. Cały czas przed oczami miał jej niebieskie przestraszone oczy, w których zbierały się łzy, gdy zaciskał swoją dłoń na jej nadgarstku.
I chociaż nie wiedział, co łączyło ją i Marca Bartrę, czuł się źle wobec ich dwójki.
Czuł też, że będzie musiał schować dumę do kieszeni i przeprosić Isabelle Garcię, bo nieważne jakim dupkiem potrafił być na co dzień, wiedział, że to, co zrobił, było okropne.
Wszedł na podziemny parking tylko dla osób z drużyny i pewnym krokiem szedł w stronę swojego czarnego lamborghini. Otworzył drzwi od strony pasażera i rzucił na siedzenie swoją torbę, następnie zamykając drzwi jak najdelikatniej się dało.
Spojrzał przed siebie, a jego ręce zaczęły się pocić, gdy kilkanaście metrów dalej zauważył stojącą przy białym audi należącym do Marca Isabelle. Miała na sobie klubową koszulkę FC Barcelony, która była na nią przynajmniej o dwa rozmiary za duża. Jej rozpuszczone włosy leciały na oczy, dlatego co chwilę je poprawiała, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Zdawało się, że najzwyczajniej w świecie nie zauważyła obrońcy Barcelony.
Serce Gerarda przyśpieszyło znacznie rytm, a jego żołądek się skręcił.
Wpatrywał się w nią, nie wiedząc, czy ma podejść, czy po prostu wsiąść do samochodu i odjechać. Wiedział, że przyjdzie czas, kiedy powinien ją przeprosić, ale nie spodziewał się, że nadejdzie tak szybko.
Nie zdawał sobie sprawy, że patrzył na nią od dobrej minuty, dlatego gdy podniosła głowę i spojrzała w jego stronę, kompletnie nie wiedział, jak ma się zachować.
- Isabelle! - krzyknął, zdobywszy się na odwagę, wiedząc, że im szybciej ją przeprosi, tym szybciej wszystko wróci do normy i "znowu" będzie miał przyjaciół.
- Nawet się nie waż! - usłyszał za sobą głos Marca, gdy ruszył w stronę szatynki.
Natychmiastowo się zatrzymał. Co chwilę otwierał i zamykał usta, nie wiedząc, co ma powiedzieć.
Marc będąc bliżej samochodu, otworzył kluczykiem drzwi, a Isabelle szybko obszedłszy samochód, wsiadła do niego, w duchu dziękując kuzynowi, że przyszedł akurat w tym momencie.
Pique, stojąc cały czas w jednym miejscu, patrzył jak Marc wsiada do samochodu, a następnie odjeżdża.
Był wściekły na samego siebie, gdyż nawet nie potrafił powiedzieć "przepraszam".
Tego wieczora Gerard Pique o dziwo nie znalazł się w barze, pijąc niezliczone ilości alkoholu.
Siedział właśnie w swoim samochodzie pod domem Marca Bartry i zastanawiał się czy wejść do niego czy spędzić kolejną godzinę w samochodzie, jeżdżąc po całej Barcelonie bez konkretnego celu.
Dziwił się ile trudu sprawia mu powiedzenie słowa "przepraszam".
Wypuścił głośno powietrze, po czym powtarzając sobie w myślach, że nie jest tchórzem i pójdzie tam, powie, że mu przykro, wyszedł z samochodu.
Będąc już pod drzwiami do ogromnego domu Bartry, zapukał w nie i bawiąc się palcami, czekał, aż kolega z drużyny otworzy mu drzwi.
Gdyby nie fakt, że nikt oprócz trenera się do niego nie odzywa, nie stałby tu w tym momencie, tylko jak zwykle bawiłby się teraz w klubie albo jakimś barze z Cesciem bądź Carlosem.
Drzwi się otworzyły, a w nich stanął ubrany jedynie w długie szare dresowe spodnie dwudziestoczteroletni Marc. Nie odezwał się ani słowem, tylko wpatrywał się w stojącego przed nim Gerarda, unosząc pytająco brwi.
Starszy odchrząknął, nerwowo podrapał się po karku, po czym na chwilę spuścił głowę i wziąwszy głęboki wdech, ponownie spojrzał na kolegę.
- Przepraszam - powiedział tak cicho, jakby mówił to tylko do siebie.
Tylko on wiedział, ile trudu sprawiło mu wypowiedzenie tego słowa.
- Naprawdę, mnie? - rzekł kpiąco Marc, kręcąc głową. - Wydaje mi się, że przepraszasz złą osobę.
Gerard kiwnął tylko głową, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Włożył ręce do kieszeni spodni, po czym zaczął się huśtać na piętach.
- Dasz mi jej adres? - zapytał już normalnym głosem, patrząc gdzieś w bok.
- Żartujesz? Wątpię, że Is ma ochotę w ogóle cię widzieć. - odpowiedział zdziwiony Marc, myśląc, że Pique da sobie spokój i nawet się o nią nie zapyta.
Zresztą sam fakt, że przyszedł do niego, nieźle zaskoczył Marca.
- Dasz mi go czy nie? - zapytał ponownie Gerard teraz już nieco zdenerwowany.
- Nie - odpowiedział stanowczo brunet i już chciał zamknąć drzwi, ale szatyn był szybszy i w ostatniej chwili zdążył włożyć stopę pomiędzy drzwi a framugę.
Sprawiło mu to trochę bólu, ale w ogóle się tym nie przejął. Pociągnął za klamkę i wszedłszy do środka, pchnął na ścianę Marcę.
- Lepiej mi go daj - syknął ze złością, przyciskając bruneta do ściany. Sam dziwił się, że tak bardzo zależało mu na przeproszeniu tej dziewczyny.
Isabelle malowała właśnie paznokcie ubrana jeszcze w piżamę, bo chociaż było już po dwunastej, niedawno wstała, gdyż należała do osób, które potrafią przespać cały dzień.
Po prostu z natury była strasznym śpiochem.
Burczało jej w brzuchu, ale postanowiła, że dopóki nie pomaluje paznokci, a lakier nie wyschnie, nie rusza się z łóżka. Nienawidziła, gdy chociaż jeden paznokieć miał najmniejszą skazę, a wykonywanie jakiejkolwiek czynności sprzyjało naruszeniu idealnie pomalowanych paznokci.
Tego dnia humor jej dopisywał i o dziwo nie rozmyślała w ogóle nad poprzednimi dniami. Śpiewała pod nosem piosenki, które słyszała w radiu, a jedyną rzeczą, która zaprzątała jej głowę w tamtym momencie, było ubranie. Kompletnie nie miała pomysłu, co może na siebie włożyć tego dnia, chociaż jej cała szafa wypełniona była ubraniami.
Dzwonek do drzwi spowodował, że wzdrygnęła się.
Pod nosem przeklnęła, gdyż oznaczało to, że musiała ruszyć się ze świeżo pomalowanymi paznokciami u stóp jak i rąk. Szła w stronę drzwi jak najostrożniej potrafiła.
Będąc już w przedpokoju, z ciekawości spojrzała przez szybę znajdującą się obok drzwi. Jej serce przyśpieszyło, a oddech zrobił się płytki, gdy po drugiej stronie drzwi ujrzała samego Gerarda Pique.
Jak zwykle wyglądał niesamowicie przystojnie, ale to nie zachęciło jej do otworzenia drzwi.
Jak najciszej potrafiła, zjechała po drzwiach i usiadła w krótkich spodenkach na zimnych kafelkach, co przyprawiło ją o dreszcze.
Nie zwracając uwagi na paznokcie, przyciągnęła kolana do brody. Siedząc skulona, miała nadzieję, że stojący przed drzwiami piłkarz nie będzie w stanie jej dojrzeć.
Denerwowała się, ale nie wiedziała, czy było to spowodowane strachem, nienawiścią, czy może czymś jeszcze lub kompletnie czymś innym.
Jednak najbardziej nurtowało ją coś innego, bo skąd do cholery miał jej adres?
Nie zdziwił się, gdy nikt nie zareagował na jego pożegnanie. Cała drużyna nie odzywała się do niego odkąd widzieli całe zajście związane z Garcią w barze, które miało miejsce dwa dni temu.
Mimo wygranego meczu nie było mu do śmiechu, bo chociaż był pijany tamtego dnia, doskonale pamiętał jak potraktował szatynkę i pierwszy raz od długiego czasu było mu wstyd. Cały czas przed oczami miał jej niebieskie przestraszone oczy, w których zbierały się łzy, gdy zaciskał swoją dłoń na jej nadgarstku.
I chociaż nie wiedział, co łączyło ją i Marca Bartrę, czuł się źle wobec ich dwójki.
Czuł też, że będzie musiał schować dumę do kieszeni i przeprosić Isabelle Garcię, bo nieważne jakim dupkiem potrafił być na co dzień, wiedział, że to, co zrobił, było okropne.
Wszedł na podziemny parking tylko dla osób z drużyny i pewnym krokiem szedł w stronę swojego czarnego lamborghini. Otworzył drzwi od strony pasażera i rzucił na siedzenie swoją torbę, następnie zamykając drzwi jak najdelikatniej się dało.
Spojrzał przed siebie, a jego ręce zaczęły się pocić, gdy kilkanaście metrów dalej zauważył stojącą przy białym audi należącym do Marca Isabelle. Miała na sobie klubową koszulkę FC Barcelony, która była na nią przynajmniej o dwa rozmiary za duża. Jej rozpuszczone włosy leciały na oczy, dlatego co chwilę je poprawiała, wpatrując się w ekran swojego telefonu. Zdawało się, że najzwyczajniej w świecie nie zauważyła obrońcy Barcelony.
Serce Gerarda przyśpieszyło znacznie rytm, a jego żołądek się skręcił.
Wpatrywał się w nią, nie wiedząc, czy ma podejść, czy po prostu wsiąść do samochodu i odjechać. Wiedział, że przyjdzie czas, kiedy powinien ją przeprosić, ale nie spodziewał się, że nadejdzie tak szybko.
Nie zdawał sobie sprawy, że patrzył na nią od dobrej minuty, dlatego gdy podniosła głowę i spojrzała w jego stronę, kompletnie nie wiedział, jak ma się zachować.
- Isabelle! - krzyknął, zdobywszy się na odwagę, wiedząc, że im szybciej ją przeprosi, tym szybciej wszystko wróci do normy i "znowu" będzie miał przyjaciół.
- Nawet się nie waż! - usłyszał za sobą głos Marca, gdy ruszył w stronę szatynki.
Natychmiastowo się zatrzymał. Co chwilę otwierał i zamykał usta, nie wiedząc, co ma powiedzieć.
Marc będąc bliżej samochodu, otworzył kluczykiem drzwi, a Isabelle szybko obszedłszy samochód, wsiadła do niego, w duchu dziękując kuzynowi, że przyszedł akurat w tym momencie.
Pique, stojąc cały czas w jednym miejscu, patrzył jak Marc wsiada do samochodu, a następnie odjeżdża.
Był wściekły na samego siebie, gdyż nawet nie potrafił powiedzieć "przepraszam".
***
Tego wieczora Gerard Pique o dziwo nie znalazł się w barze, pijąc niezliczone ilości alkoholu.
Siedział właśnie w swoim samochodzie pod domem Marca Bartry i zastanawiał się czy wejść do niego czy spędzić kolejną godzinę w samochodzie, jeżdżąc po całej Barcelonie bez konkretnego celu.
Dziwił się ile trudu sprawia mu powiedzenie słowa "przepraszam".
Wypuścił głośno powietrze, po czym powtarzając sobie w myślach, że nie jest tchórzem i pójdzie tam, powie, że mu przykro, wyszedł z samochodu.
Będąc już pod drzwiami do ogromnego domu Bartry, zapukał w nie i bawiąc się palcami, czekał, aż kolega z drużyny otworzy mu drzwi.
Gdyby nie fakt, że nikt oprócz trenera się do niego nie odzywa, nie stałby tu w tym momencie, tylko jak zwykle bawiłby się teraz w klubie albo jakimś barze z Cesciem bądź Carlosem.
Drzwi się otworzyły, a w nich stanął ubrany jedynie w długie szare dresowe spodnie dwudziestoczteroletni Marc. Nie odezwał się ani słowem, tylko wpatrywał się w stojącego przed nim Gerarda, unosząc pytająco brwi.
Starszy odchrząknął, nerwowo podrapał się po karku, po czym na chwilę spuścił głowę i wziąwszy głęboki wdech, ponownie spojrzał na kolegę.
- Przepraszam - powiedział tak cicho, jakby mówił to tylko do siebie.
Tylko on wiedział, ile trudu sprawiło mu wypowiedzenie tego słowa.
- Naprawdę, mnie? - rzekł kpiąco Marc, kręcąc głową. - Wydaje mi się, że przepraszasz złą osobę.
Gerard kiwnął tylko głową, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Włożył ręce do kieszeni spodni, po czym zaczął się huśtać na piętach.
- Dasz mi jej adres? - zapytał już normalnym głosem, patrząc gdzieś w bok.
- Żartujesz? Wątpię, że Is ma ochotę w ogóle cię widzieć. - odpowiedział zdziwiony Marc, myśląc, że Pique da sobie spokój i nawet się o nią nie zapyta.
Zresztą sam fakt, że przyszedł do niego, nieźle zaskoczył Marca.
- Dasz mi go czy nie? - zapytał ponownie Gerard teraz już nieco zdenerwowany.
- Nie - odpowiedział stanowczo brunet i już chciał zamknąć drzwi, ale szatyn był szybszy i w ostatniej chwili zdążył włożyć stopę pomiędzy drzwi a framugę.
Sprawiło mu to trochę bólu, ale w ogóle się tym nie przejął. Pociągnął za klamkę i wszedłszy do środka, pchnął na ścianę Marcę.
- Lepiej mi go daj - syknął ze złością, przyciskając bruneta do ściany. Sam dziwił się, że tak bardzo zależało mu na przeproszeniu tej dziewczyny.
***
Isabelle malowała właśnie paznokcie ubrana jeszcze w piżamę, bo chociaż było już po dwunastej, niedawno wstała, gdyż należała do osób, które potrafią przespać cały dzień.
Po prostu z natury była strasznym śpiochem.
Burczało jej w brzuchu, ale postanowiła, że dopóki nie pomaluje paznokci, a lakier nie wyschnie, nie rusza się z łóżka. Nienawidziła, gdy chociaż jeden paznokieć miał najmniejszą skazę, a wykonywanie jakiejkolwiek czynności sprzyjało naruszeniu idealnie pomalowanych paznokci.
Tego dnia humor jej dopisywał i o dziwo nie rozmyślała w ogóle nad poprzednimi dniami. Śpiewała pod nosem piosenki, które słyszała w radiu, a jedyną rzeczą, która zaprzątała jej głowę w tamtym momencie, było ubranie. Kompletnie nie miała pomysłu, co może na siebie włożyć tego dnia, chociaż jej cała szafa wypełniona była ubraniami.
Dzwonek do drzwi spowodował, że wzdrygnęła się.
Pod nosem przeklnęła, gdyż oznaczało to, że musiała ruszyć się ze świeżo pomalowanymi paznokciami u stóp jak i rąk. Szła w stronę drzwi jak najostrożniej potrafiła.
Będąc już w przedpokoju, z ciekawości spojrzała przez szybę znajdującą się obok drzwi. Jej serce przyśpieszyło, a oddech zrobił się płytki, gdy po drugiej stronie drzwi ujrzała samego Gerarda Pique.
Jak zwykle wyglądał niesamowicie przystojnie, ale to nie zachęciło jej do otworzenia drzwi.
Jak najciszej potrafiła, zjechała po drzwiach i usiadła w krótkich spodenkach na zimnych kafelkach, co przyprawiło ją o dreszcze.
Nie zwracając uwagi na paznokcie, przyciągnęła kolana do brody. Siedząc skulona, miała nadzieję, że stojący przed drzwiami piłkarz nie będzie w stanie jej dojrzeć.
Denerwowała się, ale nie wiedziała, czy było to spowodowane strachem, nienawiścią, czy może czymś jeszcze lub kompletnie czymś innym.
Jednak najbardziej nurtowało ją coś innego, bo skąd do cholery miał jej adres?
Chapter 2
Dzwonek do drzwi wyrwał drzemiącą na kanapie Isabelle ze snu.
- Momencik! - krzyknęła, po czym siadając na kanapie, ziewnęła i rozciągnąwszy nieco plecy, sięgnęła po pilota, żeby wyłączyć grający przez cały czas, gdy spała, telewizor.
Nie śpiesząc się, ruszyła w stronę drzwi, starając się nie wykonywać nagłych ruchów, gdyż jej poobijany po wczorajszym "lądowaniu" tyłek wciąż dawał się we znaki.
- Cześć, Marc! - powiedziała, otworzywszy drzwi, i uśmiechnęła się, przytulając na powitanie kuzyna. Wpuściła go do salonu, gdzie obydwoje zajęli miejsca na fotelach.
- Czegoś się napijesz? Kawy? Albo może coś zjesz? Pewnie nie jadłeś śniadania, to jak? - Is rzucała pytaniami, nie dając nawet dojść Marcowi do głosu.
Każdy, kto ją znał, wiedział, że jest jedną z najbardziej gościnnych osób. Za pewne nawet swojemu wrogowi zaproponowałaby kawę, którą zresztą uwielbiała.
- Śniadanie jadłem pięć godzin temu, Bella - zaśmiał się Bartra - Ale dziękuję za wszystko.
- Chciałam być miła - szatynka wzruszyła ramionami - Ja natomiast chętnie napiję się kawy.
Wstała z fotela i udała się do kuchni, wołając uprzednio skinięciem głowy Marca. Nalała wody do czajnika i odwróciwszy się w stronę stojącego przy stole kuzyna, oparła się o blat kuchenny.
-Mam dla ciebie propozycję - rzekł brunet, uśmiechając się tajemniczo. Isabelle uniosła pytająco brwi - Zabiorę cię na mecz FC Barcelony, ale pod warunkiem..
Garcia nie dając dokończyć Bartrze, zaczęła piszczeć jak mała dziewczynka i rzuciła się mu na szyję. Od zawsze chciała zobaczyć mecz Marca na żywo.
- Chcesz wiedzieć, jaki jest warunek czy nie? - roześmiał się, odsuwając od siebie uśmiechającą się od ucha do ucha dziewczynę, która z ciekawością pokiwała głową - Idziesz dzisiaj ze mną do baru. Nie będziesz siedzieć całe dnie w domu.
- Szczerze? Z chęcią się czegoś napiję - odpowiedziała, puszczając oczko. - Jest jeszcze jakiś warunek?
- Musisz odpowiedzieć mi na jedno pytanie..
- Tak? - ponownie uniosła brwi.
- Kto jest twoim ulubionym piłkarzem?
- Cristiano Ronaldo! - krzyknęła, po czym roześmiała się głośno, a gdy zauważyła jak uśmiech Marca blednie, roześmiała się jeszcze bardziej.
Jej kuzyn nie miał nic do Królewskich, zawsze uważał, że to co na boisku, zostaje na boisku, ale liczył, że wypowie jego imię i nazwisko.
- Zdrajca! - krzyknął, chociaż zdał sobie sprawę, że Garcia zrobiła to specjalnie. Rzucił w jej stronę małą reklamówkę i uśmiechając się, opuścił pomieszczenie. Dopiero będąc koło wyjścia, krzyknął "do później" i wyszedł.
Isabelle, wciąż się uśmiechając, otworzyła reklamówkę i wyciągnęła z niej koszulkę w barwach FC Barcelony. Odwróciła ją tyłem, żeby zobaczyć znajdujący się na tyle napis "Bartra" i numerek 15.
***
Teraz siedziała sama przy barze, mieszając słomką w drinku, na który nie miała kompletnie ochoty.
Była zła na siebie i na Bartrę, na to, że dała się namówić na wyjście do tego cholernego baru, na to, że nie powiedział jej nic o idących z nimi kolegach i oczywiście na to, że musiała siedzieć teraz sama i udawać, że się świetnie bawi, gdy Marc na nią akurat patrzył.
Swoją uwagę skupiała na stojącym przed nią drinku, bo szczerze mówiąc, nie miała teraz nastroju na nowe znajomości i chociaż wokół niej co chwilę ktoś przechodził, nie zwracała na to uwagi. Położyła obok siebie słomkę, po czym przyłożywszy szklankę do ust, wypija jej zawartość naraz. Jak bawić się, to bawić, jak szaleć, to szaleć, nie?
Podniosła głowę, żeby zawołać barmana, gdyż chciała napić się czegoś mocniejszego, gdy ujrzała jego, siedzącego również przy barze jednak z drugiej strony.
Te same niebieskie oczy, które patrzyły na nią z wściekłością kilka dni temu, teraz skierowane były na jakiegoś innego faceta. Od razu było widać, że trzeźwi to oni nie są, ale za to świetnie się bawili. Gdy Pique chciał wypić kieliszek czystej wódki, ten drugi szturchnął go w ramię tak, że cała zawartość kieliszka wylała się na jego jasną koszulę. Na początku zdenerwował się i jak zauważyła Isabelle, zmarszczył delikatnie nos, jednak po chwili głośno się roześmiał.
- Nawet nie dasz mi się napić, Cesc? - zwrócił się Pique do kolegi, odwracając głowę w stronę Garcii, gdyż czuł na sobie jej spojrzenie.
Uśmiechnął się pod nosem, na co Isabelle szybko spuściła głowę, gdyż czuła jak jej policzki się rumienią. Kątem oka spojrzała ponownie w jego stronę, jednak nie dane było jej go zauważyć, więc odetchnęła z ulgą.
Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu i domyślając się do kogo może należeć, powoli odwróciła się na krześle. Zaschło jej w gardle, a oddech znacznie przyśpieszył. Nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać.
Może teraz wydrze się, bo śmiała się na niego spojrzeć?
Wpatrywał się w nią, nie zwracając kompletnie uwagi na to, że był w mokrej od alkoholu koszuli, ani na to, że dziewczyna siedząca przed nim nie była zadowolona jego obecnością.
Szatynka od razu zauważyła jak bardzo jest pewny siebie i że patrzy na nią z góry. Czuła od niego perfumy, ale jednocześnie alkohol, co nie tworzyło najlepszej mieszanki.
Gerard złapał kosmyk jej włosów opadający na twarz, po czym założył go za ucho. Isabelle przełknęła ślinę, czując jak powietrze wokół niej gęstnieje.
- Kochanie, przykro mi, ale nie mogę ci nic więcej zaproponować oprócz jednej nocy - słowa Gerarda zadziały na nią jak wiadro zimnej wody.
Nie wiedząc nawet kiedy, jej dłoń wylądowała na jego policzku, zostawiając duży czerwony ślad. Złapał ją szybko za nadgarstek na tyle mocno, żeby nie dała rady się wyswobodzić.
- Nigdy więcej nie waż się tego robić - syknął, zaciskając dłoń na jej nadgarstku jeszcze mocniej.
Próbowała wyrwać rękę, ale był o wiele silniejszy, a jego uścisk ani drgnął.
W jej oczach zaczęły zbierać się łzy i czuła, że za chwilę się rozpłacze. Dziwiła się, że nikt nawet do nich nie podszedł, gdyż uważała, że mężczyzna ściskający nadgarstek kobiecie to niecodzienny widok.
- Isabelle Garcia się boi? Może zaraz znowu spróbujesz popełnić samobójstwo? - gdy tylko usłyszała słowa Pique, wściekłość zastąpiła strach i nagle znalazła w sobie tyle siły, że wyrwała rękę i zszedłszy z krzesła, z całej siły popchnęła go. Chociaż niewiele to dało, pozwoliło jej to go wyminąć i jak najszybciej wyjść z baru.
Słyszała wołanie Bartry, gdyż muzyka nie była na tyle głośna, żeby cokolwiek zagłuszyć, ale nie zwracała na to uwagi, kierując się w stronę wyjścia.
Czekając na zamówioną taksówkę przed wejściem do baru, Isabelle kompletnie się rozpłakała i nawet nie próbowała się powstrzymywać. Miała nadzieję, że wraz z spływającymi z jej policzków łzami uciekną wszystkie złe emocje, które się w niej kumulowały. Złość, smutek, żal, wstyd, upokorzenie.
Czuła się prawie tak jak wtedy, gdy to Jake w jednym z najsławniejszych klubów w Londynie uderzył ją przy wszystkich, ponieważ nie chciała pójść z nim do toalety wiadomo w jakim celu. Czuła się jak nic niewarty śmieć. Znowu. Co prawda od przyjazdu do Barcelony czuła się w jak innym świecie, bo to co stało się w Londynie, zostało w Londynie, a teraz jakiś pieprzony piłkarz wszystko zepsuł i sprawił, że czuła się jakby wróciła do stolicy Anglii, w której jej całe życie legło w gruzach. Wiadomość, o tym że została uderzona przez swojego chłopaka w klubie, rozeszła się szybciej niż ciepłe bułki w najsławniejszej piekarni. Lecz na tym się nie skończyło. Brukowce, żeby ubarwić całe zajście, wymyśliły, że młoda modelka z Hiszpanii próbowała popełnić samobójstwo. Agencja modelek, dowiedziawszy się o wszystkim, wypowiedziała jej kontrakt, usprawiedliwiając się tym, że nie może ich reprezentować ktoś o takiej reputacji jak ona. Cała praca, wszystkie poświęcenia, wszystko, co zrobiła, żeby zabłysnąć w świecie mody, poszło w błoto.
- Bella! - usłyszała za sobą wołanie Bartry.
Odwróciła się w jego stronę, nie myśląc nawet o tym, jak wygląda z rozmazanym na twarzy makijażem.
Brunet podszedł do niej bliżej, chcąc ją przytulić, ale ta zrobiła kilka kroków do tyłu.
- Wiesz, co on mi powiedział? - zapytała drżącym głosem.
Miała nadzieję, że chociaż o szczegółach dzisiejszego zdarzenia będzie wiedziała tylko ona i Pique.
Bartra pokręcił przecząco głową, ale wnioskując po stanie swojej kuzynki, wiedział, że rozmowa jej i jego kolegi z drużyny nie należała do najlepszych.
- Gerard jest pijany i ..
- Pijany?! - krzyknęła głośniej niż chciała, starając się nie roześmiać. - Ty chyba żartujesz? Jeszcze go bronisz?
Szatyn wpatrywał się w swoją kuzynkę, nie wiedząc, co ma powiedzieć. Widział ból w jej oczach, a to łamało jego serce. Była dla niego jak siostra, a do tego czasami czuł się jakby zastępował jej także ojca, którego nie miała odkąd skończyła pięć lat.
- Może zaraz pójdziesz popełnić samobójstwo? - powtórzyła słowa Pique z jadem w głosie. Teraz nie czuła nic oprócz wściekłości. - To mi powiedział! A wiesz co jest najlepsze? Wtedy w Londynie naprawdę chciałam się zabić! -krzyczała, krztusząc się własnymi łzami. - W jednej ręce trzymałam butelkę z alkoholem, a w drugiej garść tabletek. Miałam je połknąć, ale nie dałam rady włożyć ich do ust, bo za bardzo trzęsły mi się dłonie! Ja-a naprawdę chciałam się.. - ostatnie zdanie powiedziała szeptem, po czym wybuchnęła głośnym szlochem.
Marc, nie zastanawiając się w ogóle, podszedł do niej i otoczył ją ramionami. Nawet nie zauważył, kiedy po jego policzku spłynęła samotna łza.
Chapter 1
Ściskając kurczowo w dłoniach rączki walizek, Isabelle przemierzała szybkim krokiem halę przylotów lotniska El Prat w Barcelonie, żeby jak najprędzej opuścić to miejsce i znaleźć się w przytulnym domku na obrzeżach miasta. Rozglądała się nerwowo wokół siebie, szukając wzrokiem czarnej czupryny Marca Bartry - jej najbliższego kuzyna jak i najlepszego przyjaciela. Obawiała się, że zanim ona znajdzie jego, paparazzi, często nazywani przez nią hienami, znajdą ją. Przy innych okolicznościach nawet by o nich nie myślała, gdyż modelki raczej nie są na tyle znane, żeby hieny nie opuszczały ich na krok. Oczywiście sytuacja zmienia się gdy wokół którejś, tak jak w przypadku Is, wybuchnie jakaś afera.
Spuszczając głowę i patrząc pod nogi, starała się dotrzeć do wyjścia niezauważoną, nie narażając przy tym czyjegoś zdrowia. Podniosła na moment głowę, żeby zobaczyć, czy nie ma gdzieś w pobliżu Marca, ale gdy nigdzie go nie dostrzegła ponownie spuściła głowę.
Coraz bardziej się denerwowała, a co za tym idzie, czuła jak robi jej się gorąco. Oddychała płytko i miała wrażenie jakby miała zaraz dostać ataku paniki. Zresztą ostatnio często tak się czuła, więc wiedziała, jak sobie radzić.
Postawiła obok siebie walizki i już chciała poszukać w plecaku telefonu by zadzwonić do mamy, bo to właśnie jej głos ją zawsze uspokajał, gdy poczuła jak ktoś chwyta ją za ramiona. Podniosła przerażona głowę, ale gdy ujrzała przed sobą uśmiechniętego Marca, którego mina zrzedła dosłownie po sekundzie, odetchnęła z ulgą i nie zastanawiając się dłużej, wtuliła się w niego jak małe dziecko. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy, jak bardzo potrzebowała czyjejś bliskości.
Z jej oczu popłynęły łzy, a jej ciało zaczęło się trząść. Czuła się źle, bo wiedziała, jakie ludzie mają o niej teraz zdanie, chociaż tak naprawdę osądzają ją na podstawie kłamstw, a do tego czuła się upokorzona przez byłego chłopaka. Gdyby nie Marc i jej mama nie wiadomo, czy by teraz stała na lotnisku.
-Ciii... - szepnął ciemnowłosy do ucha szatynki, głaszcząc ją delikatnie po plecach. - Is?
Odsunęła się do tyłu i siląc się na uśmiech, przetarła dłońmi mokre od łez policzki.
- Przepraszam - powiedziała trochę skrępowana, wskazując palcem na mokrą koszulkę kuzyna.
- Nie masz za co - odpowiedział, po czym złapał rączki walizek dziewczyny i szczerze się do niej uśmiechnął, chcąc ją trochę pocieszyć. - Witam w domu, Bella.
Poprzednie trzy dni, wliczając ten, w którym przyleciała do Barcelony, Isabelle spędziła w swojej ukochanej sypialni, leżąc w według niej najwygodniejszym łóżku na ziemi i oglądając komedię romantyczną za komedią. Od czasu do czasu szła tylko do kuchni po gorącą herbatę lub ewentualnie po coś do jedzenia albo do toalety. Zadzwoniła tylko raz do mamy i raz do Marca, bo męczyli ją telefonami, a nie chciała, żeby się martwili, bo w końcu mają własne życie.
Potrzebowała tych kilku dni lenistwa, żeby wszystko ułożyć sobie w głowie i wstać jeszcze silniejszą niż była, bo jak sobie zawsze powtarzała, co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Tego dnia słońce grzało niemiłosiernie, co całkowicie obudziło ją do życia. Niebo bez chmur aż wołało, żeby z tego korzystać. Mieszkając w Londynie, nauczyła się doceniać i odpowiednio wykorzystywać ładną pogodę, dlatego też rankiem trochę pobiegała, a teraz wybrała się na zakupy, ponieważ jej lodówka świeciła pustkami. Mimo stojącego od ponad ośmiu miesięcy w garażu samochodu, postanowiła się przejść, co nie do końca było dobrym wyborem.
Ubrana w dżinsowe szorty z wysokim stanem, krótką koszulkę na ramiączkach i sandałki ledwo szła, niosąc na rękach dwie duże papierowe torby z zakupami, które na jej nieszczęście sporo ważyły, a brak ramiączek w torbach powodował, że musiała je nieść "na brzuchu".
Myśląc tylko o tym, jak wchodzi do domu i odkłada ciężkie torby, zapomniała nawet o tym, żeby rozglądnąć się na boki, zanim weszła na pasy.
Usłyszała głośny pisk opon i klakson, przez co natychmiastowo odskoczyła do tyłu, wypuszczając torby i upadając na tyłek. Była w niemałym szoku, dlatego nawet nie zważając na pieczenie dłoni, których skóra nieźle ucierpiała, i na ból poobijanego tyłka zerwała się szybko z ziemi i zaczęła zbierać nerwowo rzeczy, które wypadły z toreb.
- No kurwa! - usłyszała głos gdzieś niedaleko i dopiero wtedy podniosła wzrok, żeby spojrzeć na samochód, pod który prawie wpadła. - Czy mam cię do cholery jasnej nauczyć przechodzić przez drogę?
Wzdrygnęła się nieco i przełknąwszy gulę w gardle, spojrzała na stojącego tuż nad nią mężczyznę.
Podniosła szybko torby z ziemi i wstała. Przyglądnąwszy się osobie stojącej tuż przed nią, zrobiło jej się gorąco i poczuła jak się rumieni. Pomimo jej stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, stojący przed nią osobnik płci męskiej wciąż był od niej wyższy o jakieś 15 centymetrów, miał brązowe włosy ułożone w nieład, dwudniowy zarost na twarzy, duże niebieskie oczy i pachniało od niego drogimi perfumami. Niejedna kobieta powiedziałaby, że to chodzący ideał.
Przyglądając mu się chwilę, zauważyła, że gdzieś już go widziała.
Jej ręce zaczęły się pocić, a oddech przyśpieszył, gdy zdała sobie sprawę przed kim stoi. Marc nieraz opowiadał jej o największym "luzaku" z klubu - Gerardzie Pique.
- Przepraszam - mruknęła bardziej do siebie niż do niego i szybkim krokiem wyminęła go.
Pique otwierał buzię, a następnie ją zamykał, nie wiedząc nawet, co ma powiedzieć. Czuł dziwny skurcz w brzuchu, tak jakby zrobił coś nie tak.
Spuszczając głowę i patrząc pod nogi, starała się dotrzeć do wyjścia niezauważoną, nie narażając przy tym czyjegoś zdrowia. Podniosła na moment głowę, żeby zobaczyć, czy nie ma gdzieś w pobliżu Marca, ale gdy nigdzie go nie dostrzegła ponownie spuściła głowę.
Coraz bardziej się denerwowała, a co za tym idzie, czuła jak robi jej się gorąco. Oddychała płytko i miała wrażenie jakby miała zaraz dostać ataku paniki. Zresztą ostatnio często tak się czuła, więc wiedziała, jak sobie radzić.
Postawiła obok siebie walizki i już chciała poszukać w plecaku telefonu by zadzwonić do mamy, bo to właśnie jej głos ją zawsze uspokajał, gdy poczuła jak ktoś chwyta ją za ramiona. Podniosła przerażona głowę, ale gdy ujrzała przed sobą uśmiechniętego Marca, którego mina zrzedła dosłownie po sekundzie, odetchnęła z ulgą i nie zastanawiając się dłużej, wtuliła się w niego jak małe dziecko. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy, jak bardzo potrzebowała czyjejś bliskości.
Z jej oczu popłynęły łzy, a jej ciało zaczęło się trząść. Czuła się źle, bo wiedziała, jakie ludzie mają o niej teraz zdanie, chociaż tak naprawdę osądzają ją na podstawie kłamstw, a do tego czuła się upokorzona przez byłego chłopaka. Gdyby nie Marc i jej mama nie wiadomo, czy by teraz stała na lotnisku.
-Ciii... - szepnął ciemnowłosy do ucha szatynki, głaszcząc ją delikatnie po plecach. - Is?
Odsunęła się do tyłu i siląc się na uśmiech, przetarła dłońmi mokre od łez policzki.
- Przepraszam - powiedziała trochę skrępowana, wskazując palcem na mokrą koszulkę kuzyna.
- Nie masz za co - odpowiedział, po czym złapał rączki walizek dziewczyny i szczerze się do niej uśmiechnął, chcąc ją trochę pocieszyć. - Witam w domu, Bella.
***
Poprzednie trzy dni, wliczając ten, w którym przyleciała do Barcelony, Isabelle spędziła w swojej ukochanej sypialni, leżąc w według niej najwygodniejszym łóżku na ziemi i oglądając komedię romantyczną za komedią. Od czasu do czasu szła tylko do kuchni po gorącą herbatę lub ewentualnie po coś do jedzenia albo do toalety. Zadzwoniła tylko raz do mamy i raz do Marca, bo męczyli ją telefonami, a nie chciała, żeby się martwili, bo w końcu mają własne życie.
Potrzebowała tych kilku dni lenistwa, żeby wszystko ułożyć sobie w głowie i wstać jeszcze silniejszą niż była, bo jak sobie zawsze powtarzała, co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Tego dnia słońce grzało niemiłosiernie, co całkowicie obudziło ją do życia. Niebo bez chmur aż wołało, żeby z tego korzystać. Mieszkając w Londynie, nauczyła się doceniać i odpowiednio wykorzystywać ładną pogodę, dlatego też rankiem trochę pobiegała, a teraz wybrała się na zakupy, ponieważ jej lodówka świeciła pustkami. Mimo stojącego od ponad ośmiu miesięcy w garażu samochodu, postanowiła się przejść, co nie do końca było dobrym wyborem.
Ubrana w dżinsowe szorty z wysokim stanem, krótką koszulkę na ramiączkach i sandałki ledwo szła, niosąc na rękach dwie duże papierowe torby z zakupami, które na jej nieszczęście sporo ważyły, a brak ramiączek w torbach powodował, że musiała je nieść "na brzuchu".
Myśląc tylko o tym, jak wchodzi do domu i odkłada ciężkie torby, zapomniała nawet o tym, żeby rozglądnąć się na boki, zanim weszła na pasy.
Usłyszała głośny pisk opon i klakson, przez co natychmiastowo odskoczyła do tyłu, wypuszczając torby i upadając na tyłek. Była w niemałym szoku, dlatego nawet nie zważając na pieczenie dłoni, których skóra nieźle ucierpiała, i na ból poobijanego tyłka zerwała się szybko z ziemi i zaczęła zbierać nerwowo rzeczy, które wypadły z toreb.
- No kurwa! - usłyszała głos gdzieś niedaleko i dopiero wtedy podniosła wzrok, żeby spojrzeć na samochód, pod który prawie wpadła. - Czy mam cię do cholery jasnej nauczyć przechodzić przez drogę?
Wzdrygnęła się nieco i przełknąwszy gulę w gardle, spojrzała na stojącego tuż nad nią mężczyznę.
Podniosła szybko torby z ziemi i wstała. Przyglądnąwszy się osobie stojącej tuż przed nią, zrobiło jej się gorąco i poczuła jak się rumieni. Pomimo jej stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, stojący przed nią osobnik płci męskiej wciąż był od niej wyższy o jakieś 15 centymetrów, miał brązowe włosy ułożone w nieład, dwudniowy zarost na twarzy, duże niebieskie oczy i pachniało od niego drogimi perfumami. Niejedna kobieta powiedziałaby, że to chodzący ideał.
Przyglądając mu się chwilę, zauważyła, że gdzieś już go widziała.
Jej ręce zaczęły się pocić, a oddech przyśpieszył, gdy zdała sobie sprawę przed kim stoi. Marc nieraz opowiadał jej o największym "luzaku" z klubu - Gerardzie Pique.
- Przepraszam - mruknęła bardziej do siebie niż do niego i szybkim krokiem wyminęła go.
Pique otwierał buzię, a następnie ją zamykał, nie wiedząc nawet, co ma powiedzieć. Czuł dziwny skurcz w brzuchu, tak jakby zrobił coś nie tak.
niedziela, 6 lipca 2014
Prologue
Ostatni raz wypuściłam głośno powietrze, po czym sięgnęłam trzęsącą się dłonią po telefon leżący przede mną na stole. Z trudem powstrzymywałam płacz. Wybrałam odpowiedni numer i przyłożyłam telefon do ucha. Słuchając sygnałów, założyłam opadający kosmyk włosów za ucho, po czym zaczęłam obgryzać paznokcie lewej ręki, starając się utrzymać emocje na wodzy.
- Tak, kochanie? - usłyszałam w słuchawce zatroskany głos swojej matki, który przypomniał mi jak bardzo za nią tęsknie. W tym momencie pojedyncza łza spłynęła z mojego policzka.
- Mamo! - jęknęłam żałośnie. Na chwilę zapadła cisza, w czasie której pociągałam nosem, starając się złapać oddech.
- Co się stało? Dlaczego płaczesz? - zapytała, nieco przerażona moim szlochem. Było słychać w jej głosie, że się martwi.
- Mam już wszystkiego dość. Dlaczego ludzie karmią się nieszczęściem innych? - zadałam pytanie, nie oczekując na nie nawet odpowiedzi. Przetarłam dłonią mokre policzki i głośno wypuściłam powietrze. - Mamo, wracam do Barcelony.
***
Kolejne zwycięstwo odniesione w tym roku w lidze, potwierdzało fakt, że ten sezon jest nasz. Po porażkach sprzed miesiąca większość kibiców zaczynała wątpić, że FC Barcelona się podniesie i zacznie grać swoją piłkę, ale ja nigdy nie zwątpiłem. Ja, Gerard Pique, nigdy nie wątpię w swoją drużynę.
Wpadłem z hukiem do szatni i ściągnąwszy koszulkę z moim nazwiskiem, zacząłem wymachiwać ją tuż nad głową.
- No, chłopcy, ten sezon jest nasz! - ryknąłem głośno, uśmiechając się szeroko.
Fabregas i Bartra podbiegli do mnie, rzucając się na moje plecy.
- Kto idzie na imprezę? - krzyknąłem, mając nadzieję, że wszyscy tak jak i ja stwierdzą, że to świetny pomysł.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)